12/10/2025
Przebarwienia
Stary mebel nigdy nie będzie jak nowy. I nie musi. Przynajmniej moim zdaniem. Niby proste, ale zanim zaczęłam tak myśleć, musiało upłynąć wiele mebli, potu i… kilka dobrych jesieni.
Ta historia ma dwa wątki - drewniany i tekstylny. Tekstylny zachowam na inną okazję, bo sam w sobie jest tak zabawny, że może zaistnieć kiedykolwiek indziej, drewniany natomiast wpasowuje mi się tu i teraz, w ten oto jesienny złoto-burgundowy klimat, choć z tego, co pamiętam, swój początek miał wczesną, błotnistą wiosną.
Pewna klientka przyniosła do mnie wtedy pewne krzesło. Odczytując długi numer inwentarza wypisany białym markerem na ramie, domyśliłam się źródła, ale cicho sza;) Ustalamy szczegóły. Rama na jasno, tkanina - zgniła zieleń. Niby spokojna i stonowana, ale jak się dobrze przyjrzeć, to „coś się jednak dzieje”.
Pieczołowicie wzięłam się więc do skrobania grubej, ciemnej powłoki, by zrealizować plan i uzyskać oczekiwany efekt. I choć, prawdę mówiąc, czułam, że krzesło pokryto ciemną bejcą nie bez powodu, to z każdym kolejnym szurnięciem rosła i jednocześnie zadziwiała mnie moja własna frustracja. Cholerne przebarwienia.
Czuję, że wpadłam w sidła niewykonalnych obietnic. A żeby to pierwszy raz… Nie wiem, gdzie podczas ustaleń była moja czujność, ale wiem, że choćbym wystrugała z tych posiniałych elementów zapałki to i tak przebarwienia nie znikną i coś trzeba postanowić.
Nie do końca zadowolona z efektu pociągnęłam wszystko, zgodnie z życzeniem, tylko bezbarwnym olejowoskiem.
- Ale mi to w ogóle nie przeszkadza, super wyszło, jestem bardzo zadowolona - rzekła klientka.
Wracam do domu dość szpetnym tyłem Parku Kolei Szprotawskiej i myślę o tym nieidealnym, ale spełniającym oczekiwania meblu. Nagle z krzaków wyrasta… krzesło identyczne jak to, które właśnie skończyłam. Robię zdjęcie, wysyłam klientce z dopiskiem, że jak fajnie, że dała swojemu drugie życie, bo to już nie do odratowania.
- Może będę miała jeszcze jedno - odpisuje.
Przyszła jesień. Ta pora roku jak żadna inna podkreśla według mnie cykliczność natury. Worek z powtórkami rozsypuje się na całego. Wpada do mnie TA klientka z takim samym krzesłem. Biały napis zdradza to samo źródło. Rama - znów ciemna. I znów ma być jasna.
Tym razem wyprzedzam swój wciąż mimo wszystko jeszcze naiwny entuzjazm. Że też może być różnie pod spodem. No i jest. Drewno pod bejcą miejscami wręcz bordowe, łaciate. Trochę wilgoci, ale też taka jego uroda.
Tym razem jednak aż tak się nie denerwuję. Ze spokojem ściągam te złośliwe burgundy tylko do miejsca w którym należy przestać, by krzesło dalej wyglądało jak krzesło. Wykańczam. Kiedy nakładam tapicerkę, uśmiecham się pod nosem, bo nawet pod kolor tkaniny te drewnomaziaje. Ustawiam do zdjęcia. Wszystko gra. Nawet napis na ścianie pasuje. On też nieproszony i też pod kolor.
- Mi to zupełnie nie przeszkadza - znów słyszę.
Ponownie też niosę refleksję do domu. Kto nam narzuca to bycie idealnym, robienie perfekt wzdłuż i w poprzek. Świat czy my sami? Co musi się wydarzyć, by się od jakiejkolwiek nieidealności odczepić? Choć czasem. A co nie musi się dziać, bo po co?
I to nie tak, że się czegoś nie chce, czy się nie umie, albo że ktoś nie zauważy. Nie, żeby czegoś nie zrobić, nie dopieścić, zaniedbać, nie zdążyć.
Tylko tak, że stare to w końcu stare, więc po co ma nowe udawać? Po prostu. Czasem coś dobrze zostawić, nie ukryć, a nawet wyeksponować.
Nie zawsze tak było i czasem też jeszcze nie ma we mnie przyzwolenia na taką meblową (i z tresztą nie tylko) nieidealność.
Widzę to też po moich kursantkach, które szorują po meblach do bólu, by zatrzeć każdą rysę. Mierzą swój sukces w zamaskowanych ubytkach. Uczę siebie i je choć czasem trochę inaczej. Niełatwa to jednak nauka.
Znów jesień. W pobliskich krzakach tamto biedne krzesło dalej leży… Trudno przejść obojętnie. Biorę oddech i jednak przechodzę.
Czasem dobrze odpuścić.