23/02/2026
Gdzieś pomiędzy
Prawdziwe życie dzieje się poza kadrem. Życie mojej pracowni również. Nie zawsze są to stopklatki idealne, a raczej w sumie rzadko. Częściej można przyłapać mnie z krzesłem w męczącym uścisku klejenia, na brudnej podłodze, z malowniczą kompozycją jeszcze nieposegregowanych śmieci w rogu.
Narzędzia tworzą raczej melanż chwilowego odłożenia niż poukładany wzór. Bo zaraz przecież któreś znów wezmę do ręki. Kilku pacjentów na stole operacyjnym. Z bebechami na wierzchu lub jeszcze niedopiętych. Na ostatni guzik albo trochę bardziej, bo tu coś i tu coś jeszcze. To schnie, tamto się szyje, a tu coś trzeba poprawić. Ja sama z włosami w nieładzie, z pyłem nie tylko na nosie. Za paznokciami świeży klej lub bejca.
Choć fabuły różne, jedno raczej niezmienne - nieidealny i do niego daleki codzienny mój spektakl. Niby znany, niby oswojony i niby wiadomo, że to przecież pracownia. I ja przecież też w pracy. A jednak - gdy ktoś wpada niespodziewanie, do tego z aparatem, czuję się… na czymś przyłapana? Nie taka? N-i-e-p-r-o-f-e-s-j-o-n-a-l-n-a? A myślałam, że jestem odporna na presję kadrów idealnych. Wiem przecież, że często to tylko sceny dokładnie skrojone pod widza. Niby takich unikam, bo liczy się prawda i sama ją nader cenię, ale jednak… coś mocno uwiera. Bo w głowie wciąż dzwoni, że nawet jeśli bałagan - to poukładany. Jeśli nawet w nieładzie - to przyjemnie dla oka. Przynajmniej, a zwłaszcza, własnego...
W pierwszym odruchu zgarniam więc z pola widzenia rozwarstwioną herbatę, zakrywam ścinki tkanin, które dopiero co spadły, myślę szybko, czy dłonie zwinąć do środka czy schować za siebie, lecz ufff, na szczęście akurat na nich rękawiczki, by nie pobrudzić dopiero skrojonej tkaniny (przed chwilą coś kleiłam i się nie domyły). Tłumaczę, że przecież bałagan, zaraz urlop i kupa roboty, że może kiedy indziej. Gdy jednak fotograf uparcie skanuje mój teren minowy, biegam za nim myślami jak pies. W każdy kąt, i widzę te wióry, ten papier, te pędzle, których ja - niedobra - znowu nie umyłam. Trudno znoszę to wejście w sam środek, nawet jeśli w nieładzie - to jednak bezpiecznej - rutyny.
Jednak reflektuję się w końcu, a może nawet jest mi to wprost powiedziane, że TO nie laboratorium, a TAKA to też ja. Nawet jeśli w tym dniu i tej chwili nie czuję się wcale TĄ, która marzy, by być uwiecznioną, a TO naprawdę przydałoby się choć nieco ogarnąć. Co z tego, że ciuch dzisiaj czysty akurat, jeśli wiem, że nie spałam zbyt dobrze, a makijaż został na stole do masażu kilka godzin temu. No i włosy związałam na szybko jakąś starą gumką. A jednak… im bardziej w rozmowie i zarazem w cudzym aparacie - tym luźniej w mej głowie. Więcej w niej miejsca na uśmiech albo nawet śmiech i tyle przyzwolenia na… TAKOŚĆ? Ostatecznie nawet szminki nie poprawiam i w sumie to nawet nie wiem, kiedy obijam w tej strefie niekomfortu prawie cały duży fotel 🙂
Niełatwo mi było zderzyć się ze sobą. Początkowo chciałam zachować te zdjęcia w prywatnej kieszeni. Trochę mi tylko smutno, że wciąż trzeba aż takiej terapii szokowej, by trochę odpuścić, ale dobrze wiedzieć, że to, co czasem dla nas „niewyjściowe” - dla innych - warte zatrzymania.
Dziękuję Grzegorzu za ten niespodziewanie całkiem miły „nalot”.☺️
Fot. Grzegorz Bystrzanowski
https://www.instagram.com/grzegorz.bystrzanowski.art/